Przez stulecia był pierwszą warownią nad rzeką Wisłą. Chronił przed beskidzkimi zbójnikami kupców podróżujących do Krakowa po sól i jadących nad Bałtyk po bursztyn. Później rezydowali w nim książęta i biskupi, a nawet monarchowie. W piastowskim zamku w Skoczowie działy się rzeczy ważne i doniosłe. Niestety 88 lat temu dzieje słynnej budowli dobiegły końca. Czy historia mogła potoczyć się inaczej?
Wiadomo, że Skoczów posiadał zamek już w XIV stuleciu. Pierwszą wzmiankę o mieście i jego warowni znajdujemy w dokumencie lennym króla Jana Luksemburczyka spisanym na Hradczanach w Pradze 24 lutego 1327 r. Z dokumentu dowiadujemy się, że książę cieszyński Kazimierz zdecydował się zostać lennikiem króla czeskiego, oddając pod jego opiekę siebie i całą ziemię cieszyńską. Dokument wymienia Cieszyn z zamkiem, miasta Frysztat i Bielsko oraz miasteczka Skoczów i Jemnicę (czyli Frydek) razem z ich warowniami. Ale wskazówkę, iż średniowieczny Skoczów szczycił się zamkiem znajdujemy także na miejskich… pieczęciach.
Warownia w godle „zaklęta”
Najwcześniejsze godło Skoczowa nie różni się w zasadzie od obecnie używanego. Od średniowiecza nie uległo bowiem zasadniczym zmianom. Przedstawia białą basztę obronną na błękitnym tle. Po obu jej stronach dwa anioły (prawy koloru czerwonego, lewy koloru żółtego) dźwigają nad głowami białe wieżyczki. Zdaniem specjalistów godło to sugeruje, że najwcześniejszy Skoczów był handlowym miasteczkiem z warownią nad rzeką. Ów pierwszy „zamek” stanowił budowlę drewniano-ziemną chronioną wedle ówczesnych wzorców palisadą, wałem i fosą. „Dopiero w późniejszych wiekach stosowano budowę murowaną z kamienia i cegły. Kiedy jednak pociski armatnie potrafiły burzyć najgrubsze mury obronne, to już i w Skoczowie stał się z warowni zameczek” – pisał w 1938 r. w broszurze „Zamek skoczowski na ziemi cieszyńskiej” Jan Zahradnik, historyk, pisarz, ewangelicki działacz religijny, a w owym czasie sekretarz Rady Miasta Bielska.
W XV wieku w skoczowskim zamku chętnie bywał książę cieszyński Bolesław I. W 1414 r. tenże Bolko cieszyński walczył po stronie króla Władysława Jagiełły w wojnie przeciw Krzyżakom. Z kolei dziesięć lat później nadał Bielsku odnowione prawa miejskie przyznające m.in. prawo mili oraz w pełni samodzielny samorząd. Stosowny dokument wystawił w czwartek przed dniem św. Marcina, biskupa i spowiednika, czyli 8 listopada 1424 r. właśnie na zamku w Skoczowie.
„Historia Śląska Cieszyńskiego notuje dalej, iż 6 lutego 1452 r. na zamku w Skoczowie przyszło do ugody między księciem Wacławem Bytomskim i jego bratem księciem Bolesławem II. Książę Wacław zrzekł się Bytomia na rzecz księcia Bolesława, za to objął w posiadanie wioski książęce i szlacheckie: Bładnice, Grodziec, Iłownicę, Jasienicę, Ligotę, Mazańcowice, Międzyrzecze i Roztropice, położone przeważnie koło Skoczowa” – czytamy w przedwojennej książeczce Jana Zahradnika.
Rezydencja burgrabiów i rodziny cesarskiej
Na co dzień książęta cieszyńscy utrzymywali w skoczowskim zamku swoich burgrabiów. Na przełomie XVI i XVII wieku, po przejściu Śląska Cieszyńskiego w posiadanie Habsburgów, pod Kaplicówką urzędował Jan Tilgner, najbardziej bodaj znany burgrabia skoczowski, który pozostawił po sobie pamiętnik opisujący wydarzenia oraz jego osobiste przeżycia za czasów urzędowania. Niestety w XVIII stuleciu zamek pamiętający czasy piastowskie dwukrotnie spłonął w wielkich pożarach miasta. Jego odbudową zajęła się już Komora Cieszyńska, która przejęła dla Habsburgów dawne włości piastowskie.

„Zawiadowcy dawnej Komory Cieszyńskiej przy przebudowie Zameczka skoczowskiego zastosowali co do jego kształtu, tak jak postąpiono prawie ze wszystkimi zamkami książąt piastowskich na Cieszyńskim i z pałacykami dawniejszej szlachty, nieokreślony styl, dążący do jednolitego umundurowania tych nam nieobojętnych zabytków. Oszczędność i jeszcze raz oszczędność przy przebudowach była tu głównym wskaźnikiem” – przekonywał Jan Zahradnik.
Ludwik Brożek pisał zaś w 1937 r. w „Gwiazdce Cieszyńskiej”: „Odbudowany zameczek nie różnił się wcale od innych budynków kameralnych po wsiach, że wymienimy chociażby dwór w pobliskich Górkach Wielkich czy w Wilamowicach. Na miejscu dawniejszej rezydencji burgrabiowskiej, w której częstym gościem bywał sam książę, powstał budynek administracyjny, folwarczny, który dziś, po dwustu blisko latach, chyli się już zupełnie ku upadkowi. Lecz i ten budynek, ten »pierwszy numer skoczowski« pamięta inne czasy. Nie zawsze był siedzibą zarządcy tak jak dawniej, względnie kupą rupiecia i śmiecia jak dziś… Istniały dla niego inne również czasy” – przekonywał wybitny, cieszyński historyk, dodając, że kiedy w 1805 r. Napoleon pokonał Austriaków i maszerował na Wiedeń, rodzina cesarska znalazła schronienie pod Kaplicówką, a arcyksiężna Maria Ludwika, córka Franciszka II Habsburga, późniejsza żona Napoleona, zamieszkała właśnie w zameczku nad Wisłą. „Oczywiście, że zamek na gwałt przystosowano i urządzono odpowiednio dla tak »egzotycznej skoczowianki«” – pisał Ludwik Brożek.
Co ciekawe, w kolejnych latach w zamku pod Kaplicówką gościli kolejni monarchowie. Końcem września 1814 r. nocował w nim ciągnący na Kongres Wiedeński car Aleksander I. „A gdy wracał z Kongresu znowu zatrzymał się w onymże skoczowskim zameczku, pojadł sobie niezgorzej, popił jeszcze lepiej, a żonie „Kammerverwaltera”, czyli burgrabiego, pani Wiktorii Langnerowej, ofiarował kosztowny naszyjnik, wart 500 guldenów” – pisał w „Ziemi Cieszyńskiej” Gustaw Morcinek. „Za co, nikt nie wiedział. Wiedziały tylko skoczowskie dewotki i roznosiły plotkę po mieście, że iście imościnka Langnerowa otrzymała tak cenny upominek, gdyż oboje przędli w tamtą noc złe nici. Mieszczanie zaś chwalili szczodrość »ruskiego cara«, który widać był ukontentowany, że na Kongresie zdołał wyszachrować dla siebie prawie całą Polskę”.
Sąd, magistrat, muzeum, … rudera
W 1819 r. zatrzymał się w Skoczowie cesarz Franciszek II, a w latach 1828 i 1835 r. arcyksiążę Karol. Nieuchronnie jednak kończyła się pewna epoka. Zmiana roli i funkcji dawnej rezydencji nastąpiła w połowie XIX wieku. W wyniku reformy sądownictwa monarchia austriacka powołała wówczas do życia sądy powiatowe. Siedzibą jednego z nich stał się skoczowski zamek, choć sale zamkowe regularnie udostępniano również borykającej się z ciasnotą małej szkółce przy skoczowskim kościele. Sytuacja taka trwała do 1901 r., kiedy to skoczowski sąd powiatowy przeniesiono do nowego gmachu przy ówczesnej ul. Kolejowej (współcześnie to budynek przy ul. Mickiewicza mieszczący m.in. pocztę). W styczniu 1902 r. stary zamek kupiła zaś od Arcyksiężnej Komory Cieszyńskiej gmina Skoczów (płacąc 21 tys. koron). Po remoncie przeniesiono do zamku kancelarię gminną, urządzono tam także salę posiedzeń wydziału gminnego. A kiedy w 1913 r. władze miejskie wróciły do ratusza, zwolnione pomieszczenia na piętrze udostępniono Karolowi Prausowi. Skoczowianin, a zarazem kierownik szkoły w Jasienicy, urządził tam prywatne Muzeum Beskidzkie. Tyle że rok później wybuchła wojna. W jej trakcie w zamku stacjonowało wojsko, trzymano tam także jeńców rosyjskich. Z kolei w 1919 r. w czasie czeskiego najazdu urządzono szpital wojskowy. Dodatkowo po pożarze miasta z 1910 r. zaczęto w zamku kwaterować ubogich, a zdarzało się, że koczowali w nim również dzicy lokatorzy. Budynek szybko niszczał. W 1933 r. radni rzucili pomysł, by przebudować „tę starą ruderę” na nowomodny zameczek, ale z planów nic nie wyszło. Los historycznej budowli przypieczętowano definitywnie na posiedzeniu Rady Miejskiej 17 grudnia 1937 r., kiedy to na wniosek burmistrza Franciszka Olszaka radni uchwalili „znieść walącą się ruderę pn. stary zamek”.
Pamiątka piastowskiej epoki
Rozbiórka rozpoczęła się w marcu 1938 r. i kosztowała magistrat 835 zł. „Przejezdni przez miasto Skoczów w stronę Bielska musieli niedawno zauważyć burzenie »starucnego« Zameczka skoczowskiego pochodzącego jeszcze z czasów Piastów Cieszyńskich i położonego na maleńkim wzniesieniu nadwiślańskim, tuż przed miastem” – pisał Jan Zahradnik. Zanotował również, że o losie historycznego obiektu przesądziły porywiste, wichury, które poważnie uszkodziły wiekową budowlę „wykazującą zresztą od dawna grube zużycie i wpływy rozsadzenia”. Historyk przyznawał, iż wiekowy budynek nie był wybitnym zabytkiem o architektonicznym znaczeniu. W dodatku „zburzony zameczek, ta skromna budowla o jednej tylko kondygnacji, nie przyczyniała się do upiększenia nowocześnie na obu brzegach Wisły rozbudowującego się miasta Skoczowa”. Zaraz jednak dodawał: „Jednakowoż z jej kamiennych murów i nawet z jej charakterystycznej „kameralnej” więźby dachowej przemawiała do znawców wiekowa przeszłość, świadcząc prawie że o najświetniejszych czasach cieszyńsko-piastowskiej epoki”.

Wiosną 1938 r. ziemi cieszyńskiej ubył więc „jeden z tych nielicznych zamków, w których to jeszcze suwerenni książęta cieszyńscy załatwiali niejedną ważną sprawę, przynoszącą naszym przodkom pożytek i utrwalenie ich praw obywatelskich. (…) Same miasto Skoczów zatarło na zawsze ślady swej dawnej warowni” – stwierdzał z goryczą Jan Zahradnik, pytając jednocześnie, czy mimo wszystko nie można było zameczku jakoś zabezpieczyć? Zwłaszcza, że burzenie go zdaniem Zahradnika było „grubem kawałem wobec tu na naszej ziemi przecież obowiązującego polskiego prawa o ochronie zabytków”.
Czy rzeczywiście przedwojenni skoczowscy samorządowcy świadomie złamali prawo? Faktem pozostaje, iż powodów swej decyzji nigdy oficjalnie nie wytłumaczyli. Jan Zahradnik ze smutkiem przekonywał zaś: „nasza teraźniejszość nie zwróci na szczegół ten baczniejszej uwagi, ponieważ nasze dzisiejsze tempo życia nie pozostawi chwilki nawet czasu na zastanowienie się nad dziejami i losami szarych i dawnych zabytków odległej i to tak bardzo odległej przeszłości”.
W tym względzie jednak bielski historyk grubo się pomylił. Rozbiórka skoczowskiego zamku odbiła się echem w polskich mediach. Zareagowały też władze, niestety było już za późno. A półtora roku później wybuchła wojna…
Co ciekawe, mimo upływu 85 lat pamięć o starym zamku jest wśród mieszkańców Skoczowa nadal żywa. Powszechnie też rozbiórka historycznego budynku uważana jest za błąd i jedną z największych strat w kilkusetletnich dziejach miasteczka. A najbardziej kompromituje, że „pierwszy numer skoczowski” oddali pod ostrza kilofów i siekier sami skoczowianie.



